Drogi czytelniku!
Zgodnie z tym, co dowiedziałam się tydzień temu, nie tylko ja żywię ogromną sympatię do starych bajek i seriali. Bardzo się cieszę z mini-entuzjazmu jaki wywołałam przywołując do świadomości ludzi Power Rangers, Arktosa i Tabalugę czy He-Mana... szczególnie w kontekście sesji, którą przeżywaliśmy (bo przecież w sesji wszystko jest fajniejsze od nauki!). Stąd też obiecuję - to nie koniec, mam już całą listę programów i wieczorynek, do których z wielką radością wrócę i które przypomnę na łamach tego bloga.
Ale nie dziś. Dziś opowiem Ci (również) o bajce, która ma dużo krótszą historię, a którą warto przedstawić dlatego, że jest jedną z najbardziej wartościowych opowieści, jaką zaprezentowała nam telewizja w ostatnich latach. Będzie więc o serialu animowanym, którym w mniejszym lub większym stopniu byłam zachwycona od początku do końca.
Niestety, został on ukończony, co spowodowało u mnie ciężki syndrom odstawienia.
Jako terapię zafunduję Ci opowieść.
Opowieść o Avatarze.
W sumie to o dwóch Avatarach.
| Nie, nie będzie o niebieskich Indiańcach z planety Pandora. |