piątek, 23 stycznia 2015

Marvel vs DC, czyli poważna rozprawa z deszczem w tle

Drogi czytelniku!

Jestem uratowana! Po zimowej przerwie wracają seriale! I od razu, wspólnie z wypowiedziami niektórych internautów, skłaniają do refleksji...
A będzie o sprawie bardzo kontrowersyjnej: napiszę Ci o rywalizacji DC z Marvelem i o tym dlaczego, moim zdaniem, DC tę rywalizację sromotnie przegrywa.  Nie, nie będzie o serialach – a w każdym razie nie tylko o serialach. Głównie NIE o serialach. Będzie o deszczu. O co chodzi? Przeczytaj, a się przekonasz!
Grafikę tę wybrałam na dobry początek, jako że pięknie widać na niej Flasha. A Flash jest zawsze spoko. 
Uwaga! Poniższy BARDZO długi post zawiera moje subiektywne spojrzenie na sprawę. Nie zabijaj mnie, jeśli coś pominęłam lub poodwracałam. Jeśli tak się stało, to przyjmij perspektywę czytacza czegoś w rodzaju fanficka, będzie Ci lżej.


Na samym początku umówmy się co do jednej rzeczy: w kontekście komiksów i stworzonych postaci oba uniwersa są do siebie bardzo podobne. Wiele postaci wręcz się dubluje i twórcy, gdyby zechcieli, mogliby co rusz pozywać się o plagiat bo zmiana kilku drobnych elementów stroju i imienia… no cóż, wielkiej różnicy nie czyni.
Oczywiście są tu pewne, bardzo wyraziste wyjątki: DC ma dwóch kultowych bohaterów, których chyba każdy z nas kojarzy z dzieciństwa – Batmana i Supermana. W konfrontacji z nimi Marvel wypada dość blado, bo jedyną postacią którą każdy dzieciak dorastający w latach 90., albo nawet jego rodzic może dobrze kojarzyć jest Spiderman*. Jeśli ktoś miał dostęp do większej ilości programów, to może otarł się o X-Menów, ale to też niekoniecznie.

No ale mamy XXI wiek, internety stały się czymś tak nieodłącznym jak okulary u osób słabowidzących… i pewnego dnia ktoś stwierdził, że skoro tyle komiksów już powstało, to należałoby je wykorzystać i nakręcić na ich postawie filmy. Jeszcze raz, bo przecież pełno już było takich perełek w przeszłości. Dostaliśmy więc przykładowo (kolejne) filmy o Batmanie, o powracającym Supermanie… cóż, DC zabrało się za klasykę. I bardzo dobrze. 

Marvel też zaczął kręcić, choć w przypadku niektórych jego filmów było to raczej raczkowanie. Owszem, zaczęła się przygoda z X-Men, dostaliśmy też Spidermana, ale (niestety) Marvel i współpracownicy uraczyli nas również takim cudami kinematografii jak „Fantastyczna Czwórka (1 i 2, bo przecież raz to za mało)”, „Daredevil”, „Elektra” czy „Ghost Rider” (również 1 i 2). Kupy się to nie trzymało, z wykonaniem też było kiepsko… toteż i filmy przechodziły bez większego echa **.

Aż przyszedł kluczowy w mojej historii rok 2008. W tym roku DC uraczyło nas... kolejnym Batmanem, tym razem pod postacią „Mrocznego Rycerza”, filmem wzbudzającym różne emocje, ale na pewno docierającym do naprawdę szerokiej publiczności. W tym samym czasie Marvel wypuścił „Incredible Hulk” i… no tak, i „Iron Mana”. A to już coś Ci pewnie mówi. Podejrzewam że grupa naprawdę napalonych (również na pieniądze) osób usiadła i stworzyła PLAN. PLAN, który znamy jako pierwszą fazę MCU, i która była początkiem czegoś naprawdę wielkiego.

Mam wrażenie, że w 2008 roku Marvel wygrał życie, a wszystko czego teraz doświadczamy w kontekście tej wytwórni, to plon tego, co zasiano 7 lat temu.

Przechodząc do roku 2015. Znajdujemy się dziś u schyłku Fazy II. Po Hulku i Iron Manie powstało jeszcze 8 filmów, z których, jak się wydaje, każdy jest w jakimś sensie lepszy od poprzedniego. I czekamy na dwa kolejne. BARDZO czekamy. Nawet jeśli jeden z nich będzie o Człowieku-Mrówce.

Marvel zawładnął świadomością ludzi w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach. To, że tworzy filmy, to za mało. Stworzył Uniwersum, potężne Uniwersum, które rozszerza się jak kosmos – i nikt nie wie kiedy i jak się to skończy. Zapewne nieprędko i z wielkim hukiem, jeśli pytasz o moje zdanie na ten temat. W każdym razie – wytwórnia osiągnęła moment, w którym cokolwiek zaplanuje i pokaże, spotka się to z ogromnym, przede wszystkim pozytywnym odzewem. W pewnych kręgach oglądanie filmów Marvela to po prostu coś oczywistego, a ich nieznajomość to duże faux pas. Mało tego – uważają tak nie tylko widzowie. Wszyscy aktorzy chcą grać w filmach Marvela, i mają rację, bo nawet jeśli ich jedynym zadaniem jest podkładanie trzech słów pod postać Groota, to widzowie na całym świecie będą zachwyceni. I tak, drogi czytelniku, Marvel osiągnął niebo. Finansowe i koncepcyjne, bo jakiej by postaci nie chcieli stworzyć, mają wystarczający wybór aktorów, by dobrać TEGO WŁAŚCIWEGO. I znów zgarnąć górę pieniędzy.

W tym samym czasie, czyli od roku 2008, DC zakończyło trylogię Mrocznego Rycerza. I zaczęło zazdrościć Marvelowi. Na tej fali (między innymi) skrzywdzili nas tworząc „Green Lantern”. A potem postanowili od nowa zbudować postać Supermana. Wybacz mi stronniczość, ale kiedy zobaczyłam ten film (a raczej jego pierwszą godzinę, bo nie dałam rady więcej) powiedziałam stanowcze NIE. DC, go home, you’re drunk!
DC wróciło do domu, przemyślało swoje i… ta daaam! Do człowieka ze stali dołączyli nowego Batmana Bena Afflecka, i kazali im walczyć. Z Wonder Woman pałętającą się obok. A potem dostaniemy Justice League w całej okazałości. A to tylko początek PLANU w wykonaniu DC. Cóż, wygląda na to że Marvel ma kinową konkurencję. Pytanie – czy naprawdę?

I właśnie teraz, nie zapominając o filmach, przechodzę do seriali. Był taki moment, w którym DC stwierdziło: „Skoro Marvel ma filmy, to my bierzemy seriale! I tak powstał „Arrow.” Na co, po jakimś czasie, Marvel odpowiedział „Agentami S.H.I.E.L.D.” Ale nie, DC twardo stało przy swoim i w drugiej połowie 2014 roku otrzymaliśmy „Flasha” i „Gotham” No tak, a Marvel uraczył nas „Agentką Carter”. 3:2, że tak się wyrażę. Ale jakoś umyka mi to zwycięstwo DC.




Deszcz...















Ignorując zupełnie popularność tych seriali na świecie (bo nie mam pojęcia jaka jest) muszę stwierdzić, że na przykładzie seriali bardzo ładnie widać w czym tkwi problem różnic pomiędzy DC a Marvelem, również w obszarze wielkiego ekranu. I to właśnie jest kluczowy punkt mojej dzisiejszej opowieści.

Różnica nie tkwi w postaciach bohaterów.
Ani w ich antagonistach.
Nie tkwi też w PLANIE.
Otóż, drogi czytelniku (i tu parafrazuję słowa mojej koleżanki) różnica tkwi w tym, że na bohaterów DC ciągle pada deszcz.

Serio.
Pomyśl sobie o „Mrocznym Rycerzu” i jego plakatach. Deszcz.
(Ok, Alfred wziął parasolkę…)
Man of Steel – również deszcz.
Deszcz, deszcz, deszcz. Smutek i nieszczęście. Batman – ok, to jeszcze mogę zrozumieć. Ale dlaczego Superman? Jak jakby… miał w miarę szczęśliwe życie, miłe dzieciństwo, jego przyszywani rodzice żyją, ma/będzie miał ładną dziewczynę…

Deeeeszcz...
A teraz pomyśl sobie o “Arrow”. Czy ktoś tam jest tak po ludzku szczęśliwy? Nie! Oliver Queen nawet na siłę się unieszczęśliwia; nie może być z kobietami które kocha, bo jest superbohaterem. I narazi je na niebezpieczeństwo, czego oczywiście nie robi od początku do samego końca wszystkich odcinków. Wobec czego cierpi.  Mniej więcej od drugiego odcinka pierwszego sezonu!
A jak już człowiek myśli, że coś się zmieni, bo Flasha, nawet jeśli jest nieszczęśliwie zakochany, definiuje zupełnie coś innego niż to jego nieszczęście, pojawia się Arrow i mówi mu że absolutnie nie może dążyć do szczęścia z kobietą którą kocha. Bo (że pozwolę sobie subiektywnie sparafrazować argumenty Olivera Queena).... bo NIEEEEEE,

A potem mamy teaser filmu „Batman vs Superman” I NA NICH TEŻ PADA DESZCZ!
Przypadek? I don’t think so.
Na klimat wszystkiego bym nie zwalała.

 (Tak swoją drogą, sprawdziłam - w Marvelu tylko na Thora pada deszcz. Ale, jak stwierdziła ponownie moja współlokatorka "HELOŁ, on wywołuje burze! To chyba normalne że na niego pada deszcz? I gruz?" No w każdym razie na innych bohaterów deszcz nie pada. Gruz, to owszem. Albo samoloty. Ale nie deszcz). 

Deeeeeeeeszcz!

I w ten sposób dochodzimy do fenomenu Marvela. W jego filmach i serialach nawet jeśli bohater zmaga się z potężnymi nieszczęściami: z PTSD, ze śmiercią, z samotnością, to absolutnie nie jest to coś, co go definiuje. Iron Man w pewnym momencie przechodzi naprawdę ciężkie chwile, ale nawet z ciężkim załamaniem uważamy że jest „awesome” (przepraszam, nie potrafię znaleźć polskiego wyrażenia które tak precyzyjnie określałoby tę postać). Kapitan Ameryka obudził się w zupełnie nowej rzeczywistości i bez wątpienia czuje się bardzo zagubiony. Ale przecież nie będzie biegał ze swoją tarczą i cierpiał, prawda?
Mogłabym w ten sposób opisać niemal każdego superbohatera produkcji Marvela.

Mało tego – z „deszczowego” i „nie-deszczowego” klimatu wynika coś jeszcze. Otóż DC kręci filmy, w których dramat goni dramat. Jest poważnie, patetycznie i trudno oprzeć się wrażeniu że również przygnębiająco. Ok, dla fanów-od-zawsze coś takiego może być fajne, ale przecież w tworzeniu tego typu filmów chodzi przede wszystkim o show, akcję, o zdobycie widowni, która będzie się zachwycać. Przeciętny człowiek idzie na film o człowieku-nietoperzu albo latającym gościu z czerwoną peleryną i laserami w oczach (a nie biegnie rozradowany do kina śpiewając pod nosem: Batmaaaan, Batmaaaaan, BATMAAAAN") i w tym kontekście „patos absolutny” może trochę razić. A wszelkie nielogiczności nagle rażą w oczy wobec całej powagi przedstawianej sytuacji.

Nie oglądam Gotham, więc nie chcę się o nim wypowiadać. Ale tak sobie wymyśliłam, że pewnie skoro Batmana jeszcze jako tako nie ma, to plakaty będą szczęśliwsze. I znalazłam ten. DEEEEEEEEESZCZ!

I tu znów wracamy do Marvela. Wytwórni, w której najwyraźniej ktoś doszedł do wniosku, że historie które ekranizują są nie tylko fajne, ale także… no cóż, śmieszne i z racjonalnego punktu widzenia bez sensu.
W najważniejszym filmie pierwszej fazy w jednym samolocie znajdują się ateista, katolik i… nordycki bóg. Co z tym zrobić? Najlepiej zrobić z tego dobry żart! Nordycki bóg nosi ze sobą wielki młotek – cóż, jakby nie było to też dość… oryginalne. Wykorzystajmy to! Jednym z głównych bohaterów filmu jest szop (szopopodobny kosmita) – zróbmy z niego największego badassa roku! Mamy wypuścić film o człowieku-mrówce. Zróbmy sobie żart z widzów i wypuśćmy trailer dla mrówek!
Czyli generalnie – bawmy się własną robotą, przesuwajmy granicę absurdu a potem się z tego śmiejmy! Ludzie przychodzą na nasze filmy żeby dobrze się bawić – dajmy im dobrą zabawę, naginajmy reguły! A potem połączmy wszystkie filmy w jedno wielkie uniwersum i każmy im snuć kolejne teorie które potem i tak obalimy. Bo możemy. Bo jesteśmy Marvelem.

Co nam zrobicie? Może pójdziecie na film DC i będziecie patrzeć jak pada deszcz?
...
No właśnie.

I tak, mój drogi czytelniku, Marvel niewyobrażalnie się bogaci jednocześnie… dobrze się bawiąc. I tworzy kolejne, coraz bardziej absurdalne filmy – na które ludzie czekają bardziej niż na kolejne Gwiezdne Wojny. Niezależnie jakie będą. Tymczasem na kolejne filmy DC ludzie czekają co najmniej z niepokojem.
Bo jeśli Batman vs Superman będą tak bardzo na serio jak ostatnie filmy o tych dwóch bohaterach, to będzie DZIWNIE. Głównie dlatego że nie wykorzystają miliona możliwości pokazania, jak bardzo kosmiczne jest to połączenie.

Mimo że wszędzie w DC pada deszcz, tylko Alfred wziął parasolkę...
Tak, a więc to jest moja opinia o wojnie gigantów. Szczerze? Chciałabym, żeby DC nieco zmieniło swoje podejście. Głównie dlatego, że chętnie poszłabym na ich filmy po to, żeby nie tylko zrobić wielkie oczy na widok świetnych efektów specjalnych, ale również, tak po prostu, dobrze bawić.
Niestety, pozostaje mi czekanie na Ant-mana. I nowych Avengersów. Jakoś o te filmy się nie martwię, bo nawet jeśli będzie za dużo wątków albo marny bohater… to Marvel to na swój sposób wykorzysta.

Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę miłego wieczoru!

_____________________________
* Biorę pod uwagę środowisko mi znane – czyli Polskę i okolice oraz dzieci które nie wyrosły przede wszystkim na komiksach – bo te "komiksowe" na pewno kojarzyły znacznie większą liczbę postaci.

** I znów, to moje osobiste zdanie. A jeśli przyjmiemy, że „echem” jest to, co teraz dzieje się wśród widzów na hasło „nowy film Marvela”, to możemy obiektywnie uznać że te stare filmy były naprawdę marnie przyjęte. Co w sumie dość dobrze odpowiada ich jakości…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz