sobota, 21 lutego 2015

Smerfy, latające dywany i kryminalne zagadki, czyli bohaterowie i piosenki z najlepszych bajek naszego dzieciństwa, część 2.

Drodzy czytelnicy!

jeśli nadchodzi dzień, w którym nie mogę doczekać się pisania notki, to albo będzie ona na temat bardzo mnie angażujący, albo bardzo cieszący.
Dziś temat bardzo mnie cieszący - po raz kolejny, na Wasze życzenie (za co bardzo dziękuję!), powracam do kultowych bajek i programów z dzieciństwa (czytaj: lat 90.). Jeśli nie czytaliście pierwszej notki o bajkach, możecie nadrobić ją tutaj.

Jakie czekają nas atrakcje? Odwiedzimy mieszkańców wieczorynkowych lasów, polatamy na dywanie, może rozwiążemy jakąś zagadkę kryminalną. I, oczywiście, będzie dużo piosenek. Takich, które wszyscy mniej lub bardziej znamy i przy których słuchaniu/śpiewaniu będziemy się na pewno dobrze bawić. Nawet (zwłaszcza) jeśli ktoś właśnie uczy się do sesji poprawkowej.

Koniec wstępu. Zaczynamy. Hej, Sezamie, otwórz się!





Na sam początek wracamy do bajki z sobotniego przedpołudnia. W pewnym momencie mojego dzieciństwa TVP uraczyło nas bardzo przyjemną, Disneyowską wersją Aladyna. Oczywiście opartą na stworzonym filmie pełnometrażowym i oczywiście - wykorzystującą w znacznie większej mierze świat w owym filmie przedstawiony.
Największym plusem tego typu seriali (i mówię o tym w kontekście już opisywanej "Legendy Tarzana" oraz "Przygód Małej Syrenki", ale również opartych na "Jak wytresować smoka" serialach "Riders of Berk" i "Defenders of Berk") jest fakt, że twórcy mają masę czasu do wypełnienia... a przez to bardzo często przesuwają akcent z eksponowanych w filmach głównych bohaterów na barwnych bohaterów drugiego planu. Moim zdaniem w przypadku Aladyna ten zabieg wypadł fenomenalnie. Ze wszystkich odcinków bajki najlepiej pamiętam te poświęcone Dżinowi, małpce Abu (Abu był super!), ciągle zgrzędzącej papudze Jago (która była jeszcze bardziej super!) oraz absolutnej gwieździe - latającemu dywanowi, o tak przekonującej "mimice", że powinien zostać nauczycielem języka migowego dla dywanów. A już najlepsze były fragmenty skupiające się na relacjach pomiędzy tą czwórką. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że to właśnie małpka, papuga, dżin i dywan wykonują w bajcie najlepszą robotę i ciągle ratują Aladyna i Jasminę. Oczywiście poza tymi momentami, kiedy pakują ich w jeszcze większe kłopoty...
Co innego ojciec Jasminy, Sułtan, który w serialu jest jeszcze mniej ogarnięty niż w filmie. I tak, on wyłącznie pakuje Aladyna i jego dziewczynę w kłopoty. Mimo to jest w jakimś stopniu zabawny. I daje się lubić.

Pisząc o sobotniej bajce "Aladyn" nie można zapomnieć o fenomenalnej piosence wejściowej. Wykonywana (w tej akurat wersji) przez Jacka Wójcickiego nie daje o sobie łatwo zapomnieć. Kurczę, minęło więcej niż piętnaście lat od kiedy oglądałam Aladyna, a jednak wciąż przechodzi mnie dreszcz kiedy słyszę refren "Arabskiej Nocy"!
Poniżej piosenka w wersji z sezonu pierwszego. Może nie w najlepszej jakości, ale jest to ta "Arabska Noc" którą najlepiej pamiętam. Z wszystkimi akcentami i przerwami "na oddech":



Co dalej? Otóż wieczorynka, która stała się już chyba częścią naszej świadomości. Z piosenką z czołówki oraz sokiem z gumijagód na czele.
Cotygodniowe spotkania z Gumisiami były dla mnie zawsze ogromnym przeżyciem. Byłam zafascynowana koncepcją małych misiów żyjących w tajemniczych korytarzach i mieszkaniach ukrytych pod korzeniami lasu. A przecież ten element Gumisiów był najmniej emocjonujący!

Gumisie miały... fenomenalnego wroga. Igthorn (już nie książę) był bez wątpienia zły. Chciał zdobyć władzę w królestwie obalając dobrego i mądrego króla Gregora. Planował zdobyć recepturę gumisiowego magicznego soku. A przy okazji miał wielki mroczny zamek (co liczymy mu na plus) i dowodził armią orków. I to jeszcze zanim Peter Jackson zekranizował Władcę Pierścieni! Mało tego, jego najbliższym współpracownikiem był inteligentny karłowaty ogr Toadie, do którego od początku do końca żywiłam wielką sympatię. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie dlaczego, ale zawsze bardzo mocno mu kibicowałam.

No dobrze, ale co z Gumisiami? W rodzinie której losy śledzimy jest wiele ciekawych osobowości. Bunia to wręcz stereotypowa gospodyni, starszy gumiś Zami próbuje posługiwać się magią co średnio mu wycodzi, a Grafi to fenomenalny i wyjątkowo gderliwy gumiś... którego wszystkie znajome mi dzieci bardzo lubiły. Jest jeszcze ciągle myślący o jedzeniu Tami, Gusto - artysta i dwa nastoletnie gumisie - Kabi i Sani.

Uff. Nie pamiętam żeby oni mieli aż tak podobne do siebie imiona.

Gumisie starały się za wszelką cenę ukryć fakt swojego istnienia przed ludźmi. Z tym że, jak to w bajkach bywa, musi być ktoś kto dzieliłby ich sekret. W tym przypadku jest to chłopiec pracujący na dworze króla Kevin, oraz księżniczka Kala, która bardzo stara się pokazać ojcu jak to bardzo jest dojrzała i odpowiedzialna (choć oczywiście nie jest).


No i w końcu - główny bohater. Sok z gumijagód. Produkowany przez Bunię "eliksir", który pozwala gumisiom (i wszystkim, którzy soku posmakują) przez jakiś czas skakać niczym gumowe piłeczki. Sok z gumijagód niejednokrotnie ratuje naszych bohaterów z opresji. Jest równocześnie obiektem pożądania Igthorna, który chce z niego zrobić broń, dzięki której będzie mógł pokonać króla i zostać królem.
Igthorn miał pomysł na to Jak zostać królem jeszcze zanim było to modne.
Taka pomysłowa była ta bajka.

No dobrze, ale wędrujmy dalej, skoro już jesteśmy w lesie. Bo, jak się okazuje, jest on pełen ukrywających się małych postaci i kultowych piosenek. Tak więc, panie i panowie - Smurfy!


Jeśli się chwilę zastanowić, to na temat Smurfów można pisać mniej więcej podobnie jak o Gumisiach. I chyba tak samo chętnie jako dziecko siadałam do oglądania jednej i drugiej bajki.
I tak, Smurfy również w ogromnym stopniu wryły się w naszą tożsamość. Wystarczy powiedzieć że zostały nawet bohaterami niedawno nakręconych filmów. Abstrahując od ich poziomu - nikt nie nakręciłby wysokobudżetowego filmu o bohaterach, za którymi nikt nie tęskni.

Smerfy są bez wątpienia fenomenem - w ich wiosce znalazły się osobniki reprezentujące chyba wszystkie cechy człowieka. Był Ważniak, Maruda (który był absolutnie fantastyczny!), Ciamajda, Osiłek, Łasuch, Laluś... i masa innych. I jedna biedna Smerfetka, ostoja kobiecości. Owszem, później pojawiła się Sasetka, ale to już nie było to samo. Poza tym Sasetka nigdy nie dorosła do bycia "smerfną kobietą".

Smerfy były tym bardziej fajne, że miały fenomenalnego wroga. Szalony czarnoksiężnik z obsesją na punkcie małych, niebieskich ludzików - czyli Gargamel. I jego wierny kot Klakier. To był duet, którego każde dziecko mogło się obawiać. Choć, jakby nie było, niesłusznie, bo przecież Gargamelowi, pomimo ogromnych starań, nigdy nie udało się na dłużej niż chwilę złapać ani jednego Smurfa, a Klakier... cóż, Klakier przede wszystkim ponosił przykre konsekwencje działań swojego pana. Na szczęście w późniejszych odcinkach Gargamel przyjął/został zmuszony do przyjęcia ucznia, który zastąpił Klakiera w jego mało przyjemnej roli.

Co było jeszcze fajne w Smurfach? To, że ich istnienie nie ograniczało się do bajki. Nie wiem jak Wam, ale mnie mama kupowała kasety ze... Smerfnymi Hitami. Och, to były przeboje! Mój personal best to "Loczek Blond". Hit, jakiego nie powstydziłby się żaden artysta!



Ale odejdźmy od wieczorynek. W czasach mojego dzieciństwa już nieco starymi były bajki z cyklu Looney Tunes. Mimo wszystko - wszyscy dobrze znaliśmy i uwielbialiśmy Królika Bugsa, Sylwestra, Tweety'ego i ich przyjaciół. To kolejne postaci o których popkultura długo nie zapomni (tak samo jak o kultowym filmie "Kosmiczny Mecz" z właśnie tymi postaciami i Michaelem Jordanem).

Nie o nich chciałam jednak Wam napisać. Moimi bohaterami są "dziecięce" pochodne bohaterów Warner Bros... czyli nie kto inny jak... Animki!

Animki pokazały, że Warner Bros jest w stanie stworzyć coś jeszcze bardziej szalonego niż Królik Bugs. Jednocześnie stworzenie młodszych wersji już istniejących bohaterów lub wprowadzenie dzieci znanych postaci nie było niczym przełomowym lub nowatorskim. Mówimy o czasach, kiedy w telewizji można było zobaczyć m.in. "Szczenięce lata Toma i Jerry'ego czy "Dzieciństwo Flinstonów".

Mimo wszystko to właśnie Animki zrobiły wśród dzieci największą karierę. Były wesołe, często nieprzewidywalne (w każdym razie dla grupy docelowej, czyli małych dzieci) a ich pomysły zawsze prowadziły do niesamowitych przygód. Poza tym ich świat był jeszcze mniej ograniczony niż dla przykładu świat Smurfów. Na Bzikowersytecie (tak, dobrze czytacie) mogło wydarzyć się wszystko. Dosłownie WSZYSTKO.

A ja do końca życia będę pamiętała sadystyczną Emilkę, "co męczy nas co chwilkę".

Ale najlepszym i najlepiej pamiętanym przeze mnie elementem Animków była... oczywiście piosenka. Tak samo szalona jak cała bajka, ale równocześnie - kosmicznie wręcz wciągająca!


Swoją drogą - umyślnie nie szukam i nie próbuję oglądać tej bajki "w dzisiejszych czasach". Nie wiem dlaczego, ale mam przejmujące wrażenie że Animki to by było dla mnie STANOWCZO za dużo.
Co pośrednio świadczy o tym, że nieubłaganie się starzeję.

Kolejną świetną bajką którą chciałabym Wam przypomnieć jest "Scooby Doo, gdzie jesteś?" (w oryginale "Scooby Doo, Where are You?" brzmi znacznie lepiej). Myślę że każdy z nas z uśmiechem na twarzy wspomina świetne odcinki tej bajki. W każdym z nich grupa dzieciaków (ówczesnych pogromców mitów) rozwiązywała tajemniczą zagadkę z duchem/upiorem w roli głównej. I zawsze okazywało się, że pod przykrywką potwora kryje się człowiek posiadający mniej lub bardziej pokręcony motyw.

No tak, ale to nie zagadki były tym, co lubimy nabardziej. Niewątpliwą gwiazdą bajki był tytułowy Scooby Doo, czyli wielki gadający pies, który myślał ciągle o jedzeniu (co akurat nie jest niczym dziwnym w przypadku psów) - oczywiście poza tymi chwilami, kiedy wszystkiego się bał. 

Kompanem i panem naszego ulubionego psiaka był Kudłaty. Tak się szczęśliwie złożyło, że lubił on jedzenie dokładnie w tym samym stopniu co jego pies. No i równie bardzo bał się wszystkiego. Co naturalnie skutkowało ich zaangażowaniem w te wszystkie tajemnicze historie, w której ścigali dokładnie te duchy i upiory, których najbardziej się bali. Seems like a logic. 

Ale Kudłaty i Scooby nie byliby tacy fajni, gdyby w te wszystkie śledztwa nie zaangażowali ich przyjaciele - Fred, Daphne, i Velma. W piątkę, nasi bohaterowie przemierzali najdziwniejsze miejsca i (przypadkiem oczywiście) co krok napotykali zagadkę do rozwiązania. 

Ale i tak wszyscy oglądali bajkę dla Scoobiego i Kudłatego. Na nich można było zawsze liczyć!

Bajki z udziałem Scooby Doo miały naprawdę duży potencjał - powstawały kolejne serie, dochodzili nowi bohaterowie... a w końcu postanowiono stworzyć aktorskie filmy, ze Scooby Doo (komputerowym oczywiście) w roli głównej. Filmy oczywiście nigdy nie były tak śmieszne jak bajka, ale nic w tym dziwnego - Scooby może być sobą tylko w bajce rysunkowej! "Słyszałam również o scenicznym musicalu ze Scooby Doo. Cóż, nie widziałam, więc trudno mi go ocenić. Chodzenie to teatru na taką sztukę musi być jednak... ciekawym doświadczeniem. 





Skoro jesteśmy już w świecie zagadek wymagających rozwiązania - to przestępstwem byłoby zapomnieć o TEJ bajce. 
A zaczynała się mniej więcej tak: "tududududu Inspektor Gadżet!, tududududu... uhu!"

Tak. Inspektor Gadżet to kolejna kultowa bajka rodem z mojego dzieciństwa. Tytułowy bohater jest dość... specyficzny. Nie wiadomo jak, nie wiadomo skąd, ale całe jego ciało i stój pełne są przedziwnych gadżetów o naprawdę dziwnym zastosowaniu. Gadżet wykorzystuje je wszystkie podczas prowadzonych przez siebie śledztw, a zwłaszcza kiedy przychodzi mu zmagać się z pułapkami zastawionymi przez jego największego wroga - Doktora Klaufa - osobnika, o którym wiemy miej więcej tyle, że próbuje przejąć władzę nad światem, ma grubego, szydzącego z wszystkiego kota i rękę (ewentualnie dwie ręce, które wykorzystuje do głaskania kota). Reszta chowa się tradycyjnie za wysokim oparciem fotela, w którym nasz główny antagonista siedzi. 



Co takiego fajnego było w Inspektorze Gadżecie (oczywiście oprócz Gadżetów)? Przede wszystkim - był to zupełnie nieogarnięty człowiek, który sam z siebie w życiu nie doszedłby do rozwiązania jakiejkolwiek zagadki (zwykle dlatego że zgubiłby się po wyjściu z domu). Tymczasem jest wielkim detektywem osiągającym niespotykane sukcesy. Dlaczego? Bo wspiera go twardo stąpająca po ziemi siostrzenica Penny (dla przypomnienia - to mała dziewczynka) oraz jej gadający pies, Łepek (również twardo stąpający na ziemi, nie tylko w porównaniu z innymi psami, ale w ogóle). To Penny i Łepek faktycznie rozwiązują zagadki, równocześnie sprytnie doprowadzając wujka Gadżeta do miejsca rozstrzygnięcia śledztwa. Jak to bywa w przypadku śledztw prowadzonych przez dziecko i psa, oboje muszą się nieźle namęczyć - zwłaszcza że Gadżet swoją naiwnością i beztroskim usposobieniem nie ułatwia im pracy**.

Koniec końców - wszyscy są zadowoleni (nie licząc przestępców oczywiście). Gadżet rozwiązuje zagadkę i jest w stu procentach przekonany, że doszedł do tego sam. Penny i Łepek faktycznie rozwiązują kryminalną łamigłówkę i zapobiegają przejęciu władzy nad światem przez złych ludzi. A szef policji Quimby może dopisać sobie (i Gadżetowi) do akt kolejną rozwiązaną sprawę. Czegóż więcej chcieć od życia. 


Szukam, szukam... i już wiem że w dzieciństwie oglądałam DUŻO więcej bajek, niż te dwanaście opisane powyżej i dwa tygodnie temu. Wniosek jest taki, że muszę do nich wrócić. I za jakiś czas znów na ten temat napisać. To już będzie trzecia część! Robi mi się tu mały cykl :)

Może macie jakieś pomysły dotyczące tego, jaka bajka została przeze mnie pominięta a KONIECZNIE powinna się pojawić? Coś, co sami oglądaliście w dzieciństwie? Nie boję się żadnych wyzwań, bajki są zawsze fajne, nawet kiedy człowiek kończy studia!

Pozdrawiam Was serdecznie,

Miłego weekendu!



* Choć w sumie nie jestem pewna czy jest sens uczyć inne dywany porozumiewania się.
** Już jako dorosła zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem gadżety nie zastąpiły mu mózgu... to byłby dość dobry argument do zachowywanie się w sposób, jaki oglądaliśmy w przypadku Inspektora Gadżeta. 

2 komentarze:

  1. Arabska noc <3
    A Scooby Doo mam teraz na co dzień:P

    Jakie jeszcze bajki? Hm, ja oglądałam jeszcze "Czarodziejkę z Księżyca"... właśnie, może napiszesz o tych dziwnych anime? Mogę podrzucić Ci parę pomysłów;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Tylko że ja z anime tylko Czarodziejkę z Księżyca znam na tyle dobrze żeby opisywać :/

    OdpowiedzUsuń